Kiedy wreszcie wszystko sprzątnąłem, kiedy włożyłem do szafy jej rzeczy do których przytulałem się w nocy, wreszcie zdobyłem się na zadzwonienie do mojego najlepszego przyjaciela, Louis'a.
- Yhm... Louis? - Spytałem
- Cześć Harry! Jak ja dawno Cię nie słyszałem. Wszystko w porządku?
- Wiesz, że raczej nie...
- Ah... Może... Może byśmy się spotkali, dawno się nie widzieliśmy.
- Jasne, to co? Za 20 minut pod ,,naszym'' drzewem?
- Oczywiście.
- Pa
- Cześć.
Właśnie tego się obawiałem. Bałem się, że to nie będzie taka rozmowa, jak była kiedyś. Był przy mnie w najgorszych chwilach, a kiedy powiedziałem mu, że nie potrzebuje już pomocy oddaliliśmy się od siebie. Ubrałem kurtkę, wziąłem list i pojechałem pod wielki dąb, stojący blisko domu moich rodziców, 20 kilometrów od mojego. Kiedy byliśmy dziećmi, zawsze spotykaliśmy się tu z Louisem. Czasem poważnie rozmawialiśmy, czasem bawiliśmy się, grając w piłkę. Rozmyślając tak, wreszcie dotarłem na miejsce. Mój przyjaciel już tam czekał.
- Harry! - Krzyknął, widząc mnie - Boże, Harry jak ty wyglądasz?- Cześć, Louis. Normalnie - powiedziałem
- Harry... Kocham Cię - zaskoczył mnie tym, że to powiedział akurat teraz.
- Ja Ciebie też, Lou. Odpowiedziałem i przytuliłem go. Usiedliśmy pod drzewem. - Słuchaj, chodzi o Cat...
- Tak, wiem. Myślałem, że podniosłeś...
- Czekaj! - Nie dałem mu dokończyć. - nie chodzi o sam fakt, że ona nie... że ona nie żyje. Chodzi mi o to, że napisała do mnie list.
- Harry... Zwariowałeś do reszty?
- Nie! Nie zwariowałem! Zobacz. - podałem mu list do ręki.
- Rzeczywiście. Ona do Ciebie napisała przed śmiercią... Harry to cudownie!
- Tak... Cudownie...
- Ale... Ja mówie naprawdę. To pomoże Ci się podnieść. Ta kobieta naprawde Cie kochała.
- Wiem, Louis, wiem.... - powiedziałem.
Po paru godzinach rozmowy z Louisem pożegnaliśmy się. Jechałem sam, przez ciemne ulice i myślałem o Catherine. O każdej chwili spędzonej razem. O tych dobrych i o tych złych. Przypominałem sobie każdy dzień i każdą noc. Przypominałem sobie każdy pocałunek i każdą kłótnie. Każde wspólne wyjście i każdą chwilę tęsknoty, gdy musieliśmy się na chwile rozstać. Wreszcie dotarłem do domu. Była 22, więc położyłem się do łóżka. Przeczytałem list jeszcze kilka razy aż wreszcie zasnąłem...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz